Lenistwo, czy też może zwyczajne zmęczenie, skusiło mnie, aby w pierwszy poniedziałek przypadający po pierwszym weekendzie następującym po pierwszej wiosennej pełni księżyca, zamiast gotować udać się do restauracji. Czy to był błąd, na pewno nie, to było nowe doświadczenie. Doświadczenie doskonałego żurku, przeciętnej kaczki, ciasta bez smaku (za to bardzo słodkiego) oraz niedogotowanych knedli. I teraz dylemat: odesłać do kuchni (za późno) opisać w sieci (to zrani uczucia kucharza)? Czy może siedzieć cicho i już więcej tam nogi nie postawić (zbyt ładne widoki i jednak ten żurek). Wszystko pięknie podane i bez sprzątania.
Kaczkę trudno zepsuć, co innego indyka, to bym wybaczyła, suche to zazwyczaj i dla mnie prawie niejadalne. Kaczka rozpływała się w ustach, ale i moja domowa rozpływa się, może nawet bardziej.
Zawsze warto wyjść z domu, poobserwować ludzi, odetchnąć z ulgą, że może czasem lepiej nie mieć dużej rodziny.



